Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Chińczycy podbijają (kolonizują?) Afrykę PDF Drukuj Email
Wpisany przez Robert Stefanicki   
sobota, 28 stycznia 2012 15:52

Mało płacą, biją, niszczą miejscową konkurencję... Chińczycy, do niedawna uważani w Afryce za zbawców, coraz częściej spotykają się z niechęcią.

- W ostatnim dziesięcioleciu do Afryki przyjechało więcej Chińczyków niż Europejczyków przez ostatnie 400 lat - mówi Sanou Mbaye, były urzędnik Afrykańskiego Banku Rozwoju, cytowany przez tygodnik "Economist".


To stwierdzenie dobrze oddaje antychińskie nastroje, jakim ulega część Czarnego Kontynentu. W prasie pojawiają się porównania do kolonializmu. Ludzie szepczą o psach znikających w chińskich garnkach. Partie opozycyjne domagają się twardszych negocjacji ze skośnookimi przedsiębiorcami.

Handel między najbiedniejszym kontynentem a najszybciej rozwijającym się państwem świata w ubiegłej dekadzie wzrosła z 10 do 120 mld dol. Chiny są najważniejszym partnerem handlowym Afryki. W ostatnich dwóch latach Pekin wydał więcej na pomoc krajom rozwijającym się (przede wszystkim w Afryce) niż Bank Światowy. Chińczycy budują koleje, autostrady, wieżowce. Ich inwestycje zmniejszają bezrobocie, a import tanich towarów made in China obniża ceny na sklepowych półkach.

A mimo to w Afryce trudno znaleźć entuzjastów Chin. - Jak nasz rząd może pozwalać przyjeżdżać tu Chińczykom, którzy zabierają nam pracę, przekonując, że to korzystne dla nas inwestycje - mówi Alec Marembo, wytwórca cegieł z Zimbabwe, patrząc na chińską fabrykę, która doprowadziła jego firmę do upadku.

Marembo jest ofiarą tyleż Chińczyków, co polityki własnego prezydenta Roberta Mugabego. Gdy Zachód nałożyły na Zimbabwe sankcje za naruszenia praw człowieka, Mugabe zaprosił inwestorów z Chin. Dyktatorzy witają ich z otwartymi rękami, bo stawiają tylko jeden warunek - zysk.

Dla Pekinu inwestycje w Afryce to nie tylko biznes, ale też ważny etap w długim marszu na światowe rynki. Dlatego Pekin udziela gwarancji kredytowych na inwestycje w Afryce co obniża chińskim firmom koszt wejścia na tamtejszy rynek.

Handel chińsko-afrykański jest w dużej mierze bezgotówkowy. Afryka płaci surowcami za kredyty, które przeznacza na zamówienia w chińskich firmach. W rezultacie kontrakty idą nie do najtańszych i najlepszych, tylko do dobrze ustawionych. Powstają drogie biurowce i złej jakości drogi. Szosę ze stolicy Zambii do Chirundu zniszczyły pierwsze ulewy. Otwarty hucznie szpital w angolańskiej Lusace po kilku miesiącach zamknięto, gdy na ścianach pojawiły się pęknięcia.

Afrykańscy wytwórcy nie wytrzymują chińskiej konkurencji. W Nigerii zbankrutowały setki małych fabryk odzieżowych. - Jak mamy konkurować? Chińczycy wykorzystują tanią siłę roboczą i produkują na wielką skalę, a my przez pół dnia nie mamy wody i prądu - rozkłada ręce Mara Hativagone, była prezes Zimbabweńskiej Izby Handlowej.

Animozje po części wypływają z różnic kulturowych. Żyjący na luzie Afrykanie podejrzliwie patrzą na Chińczyków pracujących po kilkanaście godzin dziennie. Wymiany kulturowej prawie nie ma. 

Afrykanie zarzucają Chińczykom, że zatrudniają swoich nawet na najniższych stanowiskach. A tam, gdzie biorą miejscowych, to o nich nie dbają. W grudniu 600 zimbabweńskich robotników z chińskiej firmy AFECC zastrajkowało przeciw niskim płacom i biciu przez nadzorców. Firma buduje wartą 98 mln dol. szkołę wojskową, Zimbabwe spłaci ją diamentami.

W 2010 r. podczas protestu w zambijskiej kopalni Collum chińscy zarządcy postrzelili kilkunastu pracowników. Zambijczycy narzekają, że Chińczycy nie chcą wymieniać zużytej odzieży ochronnej przed terminem, że wentylacja pod ziemią jest niewystarczająca, często dochodzi do wypadków.

Chińscy szefowie w razie kontroli udają, że nie znają języka. Zwalniają i zastraszają liderów strajku. Przywódcy związkowi są przekupywani wycieczkami do salonów masażu w Chinach.

- Mamy do czynienia z globalizacją po chińsku - mówi "Gazecie" prof. Deborah Brautigam z Uniwersytetu Amerykańskiego w Waszyngtonie. - Sytuację pogarsza to, że w Chinach są niskie standardy pracownicze. Ponadto Afrykanp, nie podoba się, że Chińczycy sprzedają im kurczaki, buty, odzież - dotąd byli przyzwyczajeni do konkurencji jedynie ze strony imigrantów z innych krajów Afryki.

Chińska obecność staje się też tematem politycznym. Zeszłoroczne wybory prezydenckie w Zambii wygrał lider opozycji Michael Sata, który oparł kampanię o krytykę Chińczyków za złe warunki pracy i obiecywał zmianę sposobu przyznawania kontraktów.

Chiny wykorzystują słabość instytucjonalną państw afrykańskich. Tam, gdzie rządy są silniejsze, konfliktów jest mniej.

W stolicy Tanzanii Chińczykom nie wolno sprzedawać na bazarach. Podobnie rząd etiopski uznał, że są oni mile widziani jako inwestorzy, ale nie jako sprzedawcy czy czyściciele butów. Prezydent Angoli powiedział prezydentowi Chin wprost: "Nie jesteście naszym jedynym przyjacielem" - Angola umiejętnie rozgrywa konkurencję między Chińczykami a przedsiębiorcami z Portugalii i Brazylii.

Christopher Alden z London School of Economics: - Chińczycy mówią, że na ich obecności w Afryce korzystają obie strony. Czy tak jest istotnie, zależy od chęci i zdolności rządów afrykańskich do wynegocjowania z Chinami korzystnych warunków. Wszędzie, gdzie przywódcy są zainteresowani głównie osobistym zyskiem, ludzie gorzej na tym wychodzą.

Robert Stefanicki

wyborcza.pl