Ulti Clocks content

Dzisiaj jest: Poniedziałek
24 Listopada 2014
Imieniny obchodzą
Dobrosław, Emilia, Emma, Flora,
Franciszek, Gerard, Gerarda, Gerhard,
Jan, Mina, Pęcisław, Protazy

Do końca roku zostało 38 dni.
Zodiak: Strzelec

Jak piłkarze trenują zimą, czyli rozładowanie akumulatorów

Ekstraklasa wznawia rozgrywki, a my rozliczamy się z zimowymi przygotowaniami. Nadszedł czas, by powiedzieć wprost: To archaiczna przeszłość! Teraz trzeba grać i gonić Europę, a tak zwane ładowanie akumulatorów w polskiej piłce wypada między bajki włożyć i przytaczać jedynie jako związane z tym zabawowym okresem chwytliwe anegdoty...

 

Czujecie nogi? – pyta trener piłkarzy po górskiej zaprawie i sam sobie odpowiada: – Nie? To powąchajcie moje.

Stefan Majewski, dziś opiekun młodzieżówki, niegdyś szkoleniowiec klubowych zespołów, między innymi Polonii Warszawa, Amiki Wronki, Widzewa Łódź czy Cracovii, dość specyficznym poczuciem humoru próbował wywołać u zawodników wesoły nastrój podczas żmudnych zimowych przygotowań do sezonu. Do śmiechu im jednak wcale nie było...

– Zasuwało się w górach aż nogi puchły. Mało kto wracał z treningów nieporzygany. Każdy był wkurzony, bo harówa była niemożebna, ale przykładał się, bo znał zasadę – im więcej potu na treningach, tym mniej w meczach. Zaciskało się więc zęby i zapierdzielało. A sezon po takich przygotowaniach to był już odpoczynek – wspomina zimowe zgrupowania niegdyś reprezentacyjny napastnik Wisły Kraków i Górnika Zabrze, Andrzej Iwan, uczestnik dwóch Mundiali w ’78 i ’82 roku, dziś komentator telewizyjny Orange Sport.

Za nami kolejne ładowanie akumulatorów. Teraz to jednak zupełnie inna bajka niż przed kilku, a może nawet bardziej – kilkunastoma laty. Dziś zamiast katorżniczych treningów, zaliczania górskich szczytów w kopnym śniegu, toBAD WORDych ćwiczeń z piłkami lekarskimi albo też monotonnego wyciskania ciężarów na siłowni, ligowcy w styczniu i lutym hasają z piłką na trawiastych boiskach w ciepłych krajach basenu Morza Śródziemnego.

Wojciech Kowalczyk, srebrny medalista olimpijski z Barcelony'92, w bezcennej biografii "Kowal – prawdziwa historia" barwnie opisuje zimowe przygotowania legionistów w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych:

"W Polsce wtedy nie stosowano rozpisek. Po prostu zabierali cię na dwa tygodnie w góry i tak katowali, że żadna rozpiska by tego nie wytrzymała. Te wyjazdy Legii to był koszmar. Trzeba było oszukiwać trenerów, bo chyba postawili sobie za cel doprowadzić nas do śmierci przez zabieganie. A my się nie dawaliśmy".

"Po górach biegaliśmy zawsze z jakimś góralem, bo trener nie wytrzymywał, a ktoś nas musiał pilnować. Raz wynajęto do tego Józka Łuszczka - dla nie wtajemniczonych, narciarz - biegacz, dwukrotny olimpijczyk, złoty i brązowy medalista mistrzostw świata. Tylko taki koń mógł znieść 2,5 godziny marszobiegu. Tak, Łuszczek to był kozak. Dziesiąta rano, mamy wyruszać, jego nie ma. Mija dziesięć minut, patrzymy – idzie, wraca z imprezy. Dzisiaj będzie piękny dzień! – pomyślałem sobie. Da nam luz. A on na to: – Cześć chłopaki, wracam właśnie z imprezy, więc muszę wszystko solidnie wypocić!".

Kowalczyk ujawnia, iż w praktyce taki góral nie miał żadnych możliwości dopilnowania zawodników. Przez 2,5 godziny grupa rozciągała się na kilkaset metrów. Piłkarze starali się odpowiednio dawkować wysiłek w czasie takich marszobiegów – robili sobie przerwy, podczas których nierzadko pod smrekami ćmili szlugi czy też wpadali na piwko do pobliskiego schroniska. A później gonili za czołówką skrótami i oczywiście tylko w dół.

"I tak byliśmy przed góralem, bo górale nie zbiegają z gór. Mogą wbiegać, ale zawsze schodzą już spacerkiem. Największym utrudnieniem były zegarki z możliwością mierzenia tętna. Lekarz brał odczyt tego zegarka i patrzył, jak z tą naszą formą. Z tego powodu zawsze szukało się psa, żeby jemu to świństwo przyczepić i niech zasuwa. Biegaj, burku, panowie muszą chwilkę odpocząć. Darek Czykier miał kiedyś inny patent – pił piwo i cały czas podskakiwał albo robił przysiady, żeby tylko tętno się nie zmieniało (…) A najprościej było to całe badziewie wyłączyć po minucie biegu i po przybiegnięciu na miejsce oświadczyć głosem pełnym zaskoczenia: O, ku..., wyłączył się! Podobno też od potrzymania w śniegu zegarek sam stawał".

Zabiegi te zawodnicy stosowali w myśl starej zasady – nie ma trenera, którego nie da się oszukać i nie ma piłkarza, który by oszukać nie chciał. Zawsze, jak twierdzi "Kowal": "do sezonu byliśmy przygotowani idealnie".

Jechało się w góry, gnało po tych szczytach, a i tak wszystko weryfikowała liga – mówi Andrzej Iwan.

Budowanie formy piłkarzy? To wieczna niewiadoma, konia z rzędem temu, kto będzie wiedział, jak ją wypracować, utrzymać i przełożyć na wyniki drużyny – dywaguje stary trenerski wyga Orest Lenczyk, obecnie szkoleniowiec wrocławskiego Śląska.

Wątpliwości co do sposobienia się do rozgrywek od dawien dawna nie tracą na aktualności. Czy to dotyczą Cracovii, Bełchatowa, Śląska, Wisły lub Legii, albo Lenczyka, Skorży, Fornalika czy też najnowszego holenderskiego wynalazku właściciela Polonii Warszawa – Theo Bosa. Wybrać Cypr, Turcję, Holandię, Portugalię, a może Tunezję, czy lepiej pozostać w kraju, i w Tatrach bądź Karkonoszach, albo nawet na klubowych obiektach kształtować formę? Doprawdy, nie ma złotego środka na przygotowanie piłkarzy do wiosennej rundy. Dopiero w praniu, czyli podczas ligowej młócki, okazuje się, kto wybrał najodpowiedniejszą metodę, a może po prostu do kogo uśmiechnęło się szczęście?

 

Zwykle jest to jednak zezowate szczęście. Bo, jak możemy doczytać się w książce Kowalczyka, nawet obecnemu selekcjonerowi, powszechnie uważanemu za tego, co ma więcej szczęścia niż rozumu, nie udało się fartownie trafić z formą:

"Wiedziałem, że coś z tymi przygotowaniami nie jest tak. Tak naprawdę nie miałem nawet zakwasów, podczas gdy całe lata kariery w czasie ładowania akumulatorów schodziłem tyłem po schodach, bo przodem zbyt bolało. Nie miałem ochoty na nic, poza snem. A tu jakoś dziwnie, jakoś tak bezboleśnie. Za łatwo" – opisuje "Kowal" przygotowania Legii za czasów pracy Franciszka Smudy w klubie z Łazienkowskiej.

"Na treningi nikt nie narzekał. Nie widziałem jeszcze piłkarza, który by płakał, że ma za lekko. Każdy robi to, co mu się każe. Każe się mniej? W to mi graj! Pretensje zaczęły się później, gdy wszyscy skumali, że te dwa miesiące poza domem, te godziny biegania, kopania, skakania – wszystko o kant dupy potłuc, bo reszta drużyny biega dwa razy szybciej, kopie dwa razy mocniej i skacze dwa razy wyżej. Jednak na samych zgrupowaniach – raj. Jaki ten Smuda dobry, że już nam nie daje wycisku. Chociaż niektórzy się dziwili. Zielek wspomniał okres przygotowawczy, jaki Smuda zaaplikował im rok wcześniej, w Tunezji. W jednym sparingu musiał podobno wystąpić trener Kazimierski, bo na 22 chłopa nie znalazło się 11 zdolnych do gry. Tak z nimi Franz jechał!".

Trening nie może opierać się na bezsensownym bieganiu za piłką. Na formę piłkarza składa się nieokreślona liczba elementów, które w odpowiednim zestawieniu dają wynik – uzasadnia "profesor" Lenczyk.

Jednak choć nestor naszych ligowych trenerów przez lata kultywował staremu, sprawdzonemu modelowi ładowania akumulatorów, to ostatnio zmodyfikował upodobania szkoleniowe. I zamiast przygotowywać piłkarzy do sezonu w kraju, stosując przy tym urozmaicone zajęcia w terenie, na sali gimnastycznej lub zaśnieżonym boisku, od kilku zim ochoczo wywozi podopiecznych czy to z Bełchatowa, Cracovii, albo aktualnie Śląska Wrocław na południe Europy, by zakosztowali tego "bezsensownego biegania za piłką" przy słonecznej pogodzie, na suchych zwykle boiskach.

Parę lat temu nastała bowiem moda na zimowe przygotowywania drużyn w ciepłych krajach. Polskie zespoły, idąc za przykładem Niemców, Austriaków, Czechów, Słowaków, a także postsowietów stadnie wylatują na Południe, szukając formy w pustych w tym czasie śródziemnomorskich kurortach. Tam, daleko od wścibskich dziennikarzy, mogą we względnym spokoju realizować strategię wiosennej batalii o ligowe punkty.

Czy jednak jest to patent na sukces? Nie! Zaprzeczeniem tezy idealnego przygotowania do sezonu poprzez śródziemnomorskie wojaże jest choćby ŁKS, który dwa lata temu, borykając się z ogromnymi problemami finansowymi, w ogóle nie wybrał się zimą na zagraniczne zgrupowanie, z braku gotówki przerwał obóz w Polsce i do rozgrywek musiał "dochodzić" wyłącznie na własnych obiektach, a wiosną zadziwiająco walczył, jak równy z równym, z czołówką ekstraklasy, plasując się na koniec rozgrywek na siódmym miejscu w tabeli.

Wychodzi więc na to, że zimowe obozy na Południu to jedna wielka ściema. Służą one przede wszystkim nabijaniu kabzy pośrednikom organizującym zgrupowania oraz mecze kontrolne z nieatrakcyjnymi sparingpartnerami, które nie mają żadnego uzasadnienia szkoleniowego. Dają też możliwość uzasadnienia trenerom przed pracodawcami i kibicami stosowania zgodnych z duchem czasu form przygotowań do rozgrywek, co, niestety, nigdy nie znajduje potem odbicia w poziomie ligowych występów. Są również wielkim polem manewrów transferowych w tak zwanej opcji last minute, kiedy na ostatnią chwilę można zahandlować piłkarzami z klubami ze Wschodu, gdzie okno transferowe otwarte jest jeszcze długo po zamknięciu go w większości europejskich krajów. Pozwalają także korzystać działaczom i sztabowi trenersko-medycznemu z formuły all inclusive, czyli wszystko w cenie, co może niechybnie prowadzić do opłakanych w skutkach popijaw w hotelowych barach.

Sześć lat temu pierwszą ofiarą formuły all inclusive w polskim futbolu został klubowy lekarz Górnika Łęczna – Krzysztof Bojarski. Podczas zgrupowania zespołu w pięciogwiazdkowym Kremlin Palace w tureckiej Antalyi w nocy ostro popił z masażystą, bujnął się na balkonie i pechowo wypadł z piątego piętra lądując w kwietniku. Nad ranem już ledwo ciepłego zauważyli idący na śniadanie piłkarze z Tawrii Symferopol, co praktycznie uratowało doktorowi życie. Poszkodowany trafił do szpitala z otwartym złamaniem nogi i uszkodzonym kręgosłupem. Wersja oficjalna odniesionego wypadku dla tureckiego ubezpieczyciela brzmiała: poślizgnięcie i upadek ze schodów. Dzięki temu lekarz z Łęcznej uzyskał pełne odszkodowanie i pokrycie kosztów leczenia.

Zimowe wypady drużyn do Turcji dla niektórych mogą skończyć się... aresztem lub ciężkim nokautem. Trzy lata temu wówczas piłkarz Jagiellonii Białystok Vuk Sotirović po wylądowaniu w Stambule został zatrzymany na lotnisku przez miejscową policję. Podczas lotu tureckimi liniami nie chciał dostosować się do międzynarodowych wymogów bezpieczeństwa i na polecenie stewardessy nie wyłączył komórki. Wybryk ten kosztował go dwunastogodzinną odsiadkę w lotniskowym areszcie i kilkusetdolarową grzywnę. Nic to Vuka nie nauczyło, bo w tym roku opuścił Cypr przed zakończeniem zgrupowania Śląska Wrocław, wyrzucony przez trenera Lenczyka za naruszenie wewnątrzklubowego regulaminu. W czasie tego samego wojażu Jagiellonii inny zawodnik, aktualnie obrońca Cracovii – Łukasz Nawotczyński wylądował na deskach w hotelowej restauracji, gdy zaczął się spierać o łyżkę do zupy z towarzyszem ze Wschodu. Radziecki druh kompletnie pozbawiony poczucia humoru, zwłaszcza przed jedzeniem, nie zrozumiał aluzji Polaka i z miejsca wypalił mu nokautujący cios. Groźba wybuchu wojny polsko-sowieckiej na ziemi tureckiej wisiała na włosku, a zażegnał ją tylko niestrudzony organizator obozów zimowych na tamtejszej Rivierze Jacek Kopka.

Inny organizator zgrupowań polskich drużyn Robert Adaszyński ma zakaz wjazdu do Turcji. Cztery lata temu przeliczył się zaufaniem do miejscowych wspólników i po sprowadzeniu paru klubów na tamtejszą Rivierę po prostu zbankrutował. Wystawiony do wiatru przez hochsztaplerów przez okrągły tydzień topił żal w hotelowym barze. Po otrzeźwiającej kąpieli w Morzu Śródziemnym wziął się w garść i postanowił choć część środków odpracować w kuchni, serwując piłkarzom jedzenie...

W tym roku w Turcji obyło się bez większych ekscesów. Zainteresowanie wzbudzał jedynie właściciel Polonii Józef Wojciechowski, który pojawił się na zgrupowaniu Czarnych Koszul z ponętną dwudziestolatką u boku. Wywołało to zrozumiałe poruszenie wśród przebywających kilkanaście dni z dala od żon i kochanek zdrowych, wyposzczonych samców. Zżerała ich zazdrość. Stąd złośliwe komentarze, typu "zwariowany człowiek", "niewyżyty lowelas", kierowane pod adresem ekscentrycznego bossa. Natomiast Bos (bez jednego "s" na końcu) był obiektem kpin rodaków z Holandii, iż przygotowuje Polonię do sezonu bez podpisanego kontraktu, który miał parafować dopiero po powrocie do Polski. Pomny ostrzeżeń o nieobliczalności Wojciechowskiego Bos postanowił wyegzekwować od szefa pieniądze jednorazowo na pół roku z góry, czyli do wygaśnięcia w czerwcu sześciomiesięcznej umowy.

Bos może zazdrościć warunków kontraktowych rodakowi Ruudowi Gullitowi, trenerowi Tereka Grozny, gdzie – jak wieść gminna niesie – za rok pobytu w czeczeńskim klubie zainkasować ma 6 milionów dolarów. Gullit z asystentami od bramkarzy i kondycji mieszkać będzie 300 kilometrów od Groznego w bezpiecznej bazie przygotowań zespołu do rozgrywek w rosyjskiej lidze. Na mecze Tereka latać ma specjalnym odrzutowcem. W Turcji jego zespół przebywa przez całą przerwę zimową na trzech dwutygodniowych zgrupowaniach, między którymi piłkarze dostają po pięć dni wolnego, mogąc wykorzystać je dowolnie – na wyjazdy do domu czy sprowadzenie bliskich na krótki urlop na tamtejszą Rivierę.

Na Cyprze i w Hiszpanii bawiła w tym roku Legia. Trener Maciej Skorża nie bardzo był z tej zabawy zadowolony, czemu dał wyraz podczas sparingowego meczu z niewyszukanym rywalem ze Wschodu. Po docinkach kierowanych w stronę piłkarzy odpowiedzialnego za zorganizowanie zgrupowania i znalezienie sparingpartnerów dyrektora sportowego Marka Jóźwiaka trener kazał mu wypier... W Hiszpanii, gdy okazało się, że Legia nie może zagrać z awizowanymi wcześniej drużynami i napotkała, podobnie jak na Cyprze, oględnie mówiąc – kiepskie warunki do trenowania, Skorża nakazał przenieść obóz 60 kilometrów dalej, gdzie rok temu miejsce i sparingpartnerów organizował poprzedni dyrektor klubu z Łazienkowskiej – Mirosław Trzeciak.

A propos Hiszpanii – warto przypomnieć tutaj epizod z przygotowań Legii sprzed dziesięciu lat, który "Kowal" przytacza w biografii:

"Pamiętam, jak kończyło się zgrupowanie w Hiszpanii. Przy wyjeździe stała scena – nie zapłacony rachunek. Tym razem okazało się, że promocję chciał zrobić sam pan trener. Tak przynajmniej wynikało z numeru pokoju. Ależ on się wściekł! Blady, czerwony, zielony i ciągły krzyk: – Ja wam, kur..., dam! Zapowiedział, że wszystkich do grafologa zaprowadzi i sprawdzi, kto się za niego podpisał. On już wykryje żartownisia. A jak wykryje, to go zniszczy! Nikt sobie z niego nie będzie podśmiechujek robił! Oczywiście piłkarze w szoku – każdy miał piwo w pokoju, w barku. Chciał, to wstawał i pił. A Smuda prawie już komisję śledczą zorganizował. Pół hotelu na nogach. Nagle... Nagle atak furii minął. – A, już pamiętam. To ja zamawiałem. Słowo "przepraszam" nie padło, ale każdy wiedział, że się lekko głupio naszemu kochanemu trenerowi zrobiło...".

Dziś już inne czasy. Inni piłkarze i ci sami trenerzy, mający teraz jednak zupełnie inne, niż przed laty, spojrzenie na otaczającą ich rzeczywistość.

Oddajmy znowu głos Kowalczykowi: "Zimą wyjechaliśmy na obóz do Włoch. Chyba nikt do końca życia nie wyjawi, kto ten obóz organizował, ale za takie rzeczy powinno się trafiać do pierdla. Wylądowaliśmy w jakiejś wsi na południu, po dwudniowej jeździe autokarem. Wysiedliśmy w śniegu, hotel jeszcze nie w pełni oddany do użytku i bez czynnej stołówki. Nic, tylko przygotowywać się do walki o mistrzostwo Polski. To całe zgrupowanie byłoby nieprawdopodobnie mdłe, gdyby nie Julek Kruszankin, a raczej jego żona i to, co razem wyprawiali dziewięć miesięcy wcześniej. Pewnego dnia pojawiło się hasło – "Julek ma syna!". No to co z takim fantem zrobić? Oczywiście opić! Szast, prast, Julek szybko zorganizował zapasy zimowe i zaczęło się typowo polskie opijanie potomstwa. Śmiechy, jaja, w końcu patrzymy – Zbyszek Mandziejewicz usnął. – Coś się chyba Mandzia dawno nie golił... – wymamrotał masażysta. Wkrótce wrócił z maszynką do golenia i Zbyszkowi starannie pielęgnowane wąsy ogolił, przy asyście Marka Jóźwiaka i Leszka Pisza. Rano patrzymy, a jakiś typ schodzi na śniadanie. Z twarzy podobny do nikogo, nie najmłodszy. Halo, co jest? Nowego piłkarza kupili? Obcym wstęp wzbroniony! – Ja wam durnie, dam wzbroniony – wypalił wkurzony Mandzia. A Leszek go tylko podpuszczał: – Ale głupio wyglądasz bez tych wąsów, ja bym swoich nigdy nie ogolił! Po co żeś to zrobił? – śmiał się. – Lepiej, żebyś na treningu koło mnie nie przebiegał, bo ci nogi urwę! – burknął gołowąs. No i rzeczywiście Piszczyk później już tylko koło Mandziejewicza skakał, bo bał się normalnie przebiegać".

Zgrupowanie w sławetnej Norcii, pod wodzą trenera Pawła Janasa, w końcu finiszowało. Legioniści ruszyli w powrotną drogę. A to była długa i ciekawa droga...

"Jedziemy już tysięczną godzinę, a na drogowskazach wciąż nie widać Warszawy. Gdzie my do, jasnej cholery, jesteśmy? No tak, jeszcze we Włoszech, choć już na północy. Jacek Zieliński cały czas przycina całą drużynę w karty. Ma chłopak zdrowie. Potrafił kosić tak, że wracając z meczu na średniej długości trasie, wygrywał drugą meczową premię. Czasami przypominaliśmy mu powiedzenie: "Kto ma szczęście w kartach, ten nie ma w miłości" (…) Zatrzymaliśmy się na nocleg jeszcze we Włoszech. W hotelu oczywiście znów w ruch poszły karty i butelczyny. Od słowa do słowa, ktoś coś źle policzył, ktoś za szybko rzucił kartę i rozpętała się kłótnia. A że w butelczynach nie było wody mineralnej, to niektórzy szybko się zagotowali. Nagle Marek Jóźwiak chwycił za telewizor i jeb! Rzucił w Krzyśka Ratajczyka. – Łap!– zawołał Beret. Rataj, oczywiście, niczego nie łapał, tylko zrobił unik i spojrzał na Marka jak na kretyna. A telewizor... jak to telewizor, rzucony przez wielkiego chłopa – szczątki. Nagle Beretowi wrócił rozum. – Czemu żeś tego nie złapał? – krzyknął do Krzyśka. – A po co żeś rzucał!? – No bo miałeś złapać? – Ja miałem złapać? – Przecież gdybym wiedział, że nie złapiesz, to bym nie rzucał! – Nie jestem kretynem, żeby telewizory łapać? Po co żeś rzucał? – Bo miałeś złapać. – I tak w kółko. Śmialiśmy się z tej ich kłótni o to, który głupszy, do rozpuku! Następnego dnia do śmiechu nie było już Markowi, bo musiał zapłacić 400 dolarów za telewizor oraz lampkę, która poszła przy okazji. Stwierdził, że prezentów nikomu robić nie będzie i te części telewizora zabrał autokarem do Polski".

Żeby nie było, że jedynie polscy zawodnicy dostają małpiego rozumu na zimowych obozach, cytujemy za "Gazetą Wyborczą" historię, która obiegła cały piłkarski świat:

"Kiedy Liverpool w lutym 2007 roku przygotowywał się w portugalskim Algarve do meczu Ligi Mistrzów przeciwko Barcelonie, Rafa Benitez dał zawodnikom wolny wieczór, z czego ci skwapliwie skorzystali. Odrobinę zbyt skwapliwie. Skończyło się grubą aferą, po której, jak donosiły angielskie i portugalskie media, Jerzy Dudek został zakuty przez policjantów w kajdanki. Policję wezwali goście hotelu, w którym mieszkali piłkarze Liverpoolu, ponieważ zawodnicy byli pijani, głośni, a przy okazji uznali, że zdemolowanie okolicy kijami golfowymi świetnie zakończy wesoły wieczór. Wtedy też Riise podpadł Bellamy'emu. Walijczyk uznał najwyraźniej, że Norweg, który nie miał ochoty uczestniczyć w zabawie, wywyższa się i postanowił nauczyć go co to znaczy team spirit. Jako, że pod ręką miał kij golfowy – połamał go na nogach kolegi. Riise okazał się jednak twardzielem i już następnego dnia, mimo ran, normalnie trenował. Co ciekawe, klub ukarał obu zawodników odebraniem dwutygodniowej pensji. Żeby było jeszcze śmieszniej, to kilka dni później na Camp Nou Bellamy zagrał jeden z najlepszych meczów w barwach Liverpoolu. Tuż przed przerwą zdobył wyrównującego gola na 1:1, co uczcił cieszynką, w której symulował uderzenie kijem golfowym. Kwadrans przed końcem meczu miał asystę przy zwycięskiej bramce dla The Reds, a gola strzelił jego niedawny sparingpartner – John Arne Riise".

Gorąca atmosfera zimowych zgrupowań udziela się więc nie tylko polskim internacjonałom. Warto jednak przy tej okazji wspomnieć jeszcze jeden niezapomniany cytat z biografii "Kowala":

"Dziekan miał mnóstwo wyćwiczonych, piłkarskich ruchów. Wszyscy się cieszyliśmy, że do nas dołączył. Tylko, że wkrótce – na zimowym zgrupowaniu – został wyrzucony. Rano mieliśmy spotkanie z Markiem Polakowem-Stepanowem, wyjątkowo nielubianym działaczem. – Podjęliśmy decyzję, że za wybryk z nocy Dziekanowski zostanie usunięty z klubu, a Szczęsny dostanie dotkliwą karę finansową. Sprawa jest poważna, niech wszyscy mają się na baczności – powiedział. Nawet nie wiem, co oni aż tak strasznego zrobili. Chyba tylko się upili. Wszyscy byliśmy zgodni w dwóch kwestiach – na pewno skoro byli razem, to można było ich potraktować tak samo, czyli karą finansową. No i gdyby jeszcze w klubie był Janusz Wójcik, to Dziekana nikt by nie wyrzucił. Nie wiem, jak oni wpadli? Może oknem chcieli wracać? Ja zawsze wracałem drzwiami, co być może było elementem zaskoczenia dla trenerów i dlatego nikt nigdy mnie nie wyrzucił. Maciek czuł się nieswojo – w końcu miał kolegę do baletów, to mu go niemal na dzień dobry wyrzucili...". Kto by przypuszczał, że tak chwalebni reprezentanci Polski mogli zechcieć do bazy "wracać oknem"?

Na koniec jeszcze jedno wspomnienie Kowalczyka: "Gdy Paweł Zarzeczny odwiedził "starą" Legię na zgrupowaniu w Zakopanem, to było mniej więcej tak – przyjechałem, aby napisać, jak pewna drużyna ligowa przygotowuje się do sezonu. Wchodzę do pokoju, a tam kilku mężczyzn gra w karty. Niestety, nie widzę ich twarzy, bo wszystko zasłania dym. Trafne!".

Jaki z tego morał? Najlepiej zgrupowania zimowe zlikwidować! Zakończyć rachityczną przeszłość, która w zmodyfikowanej formule nadal jest wylęgarnią mniejszych lub większych skandali i w ogóle nie prowadzi polskiej piłki do oczekiwanego rozwoju.

Zatem zgodnie z mottem posła Romana Koseckiego: – Grajmy zimą, jak cała Europa!

Bo po co przez trzy miesiące mają stać puste, nowo wybudowane w Polsce stadiony?


Filip Stachowski

sport.onet.pl

 

Komentarze  

 
#1 Pozycjonowanie-W51 2012-06-21 10:37
Byc moze powinienes zastanowic sie nad pozycjonowaniem strony? pozycjonowanie Pozycjonowanie to umieszczanie jej wysoko w wynikach wyszukiwarek dzieki stosowaniu pewnego rodzaju zabiegow. Jeszcze do niedawna najlatwiejszym sposobem pozycjonowania bylo umieszczanie w tekscie, zamieszczonym na stronie, slow i fraz kluczowych pozycjonowanie stron..
 
Reklama
Reklama
Pogoda
Weather widget requires the free Adoble Flash Player which you can download here.
Mapa burzowa

Mapa burzowa Polski

pajacyk.jpg - 4.66 Kb

wykl yw.jpg - 8.35 Kb

kupimyklubwys200x200.png - 11.38 Kb

English German French Russian Italian Spanish Czech